Partycypacja społeczna w projektowaniu jest postawa, która może zainicjować zmiany w tworzeniu i zarzadzaniu srodowiskiem życia ludzi. - Prof. H. Sanoff
HOME ·
Założenia projektu · Szanuj menela swego! o Rewitalizacji
Szanuj menela swego! o Rewitalizacji
Nareszcie ktoś to głośno, na łamach prasy - ogólnopolskiej - wyartykułował. Na całym świecie już ileś lat wstecz stwierdzono że rewitalizacja polegająca na tworzeniu homogenicznych społecznie dzielnic, pozbawionych kontynuacji nie prowadzi do niczego dobrego . Efektem ubocznym takich działań są slumsy w miejscach do których przenoszona jest ludność "wykluczona społecznie".
Tymczasem w Polsce wciąż tego rodzaju działania "rewitalizacyjne" są podejmowane i - pomimo protestów mieszkańców - prowadzone. Patrz łódzki Księży Młyn (
wątek na forum GW na ten temat)
Polecam leturę poniższego
artykułu autorstwa Wojciecha Orlińskiego, Duży Format Gazety wyborczej z 1 lipca 2008
Szanuj menela swego. Gentryfikacja czy rewitalizacja?
Gentryfikacja oznacza rozwój zaniedbanego zakątka miasta, który dzięki modnym klubom i luksusowym apartamentowcom przestaje się już kojarzyć z ruderami i menelami. Polscy urbaniści używają wprawdzie od dłuższego czasu określenia rewitalizacja, ale po pierwsze, takie ono polskie jak gentryfikacja, a po drugie - słowo rewitalizacja, czyli ożywienie, budzi od razu pozytywne skojarzenia.

Na zdjęciu: Protest jeszcze nie wysiedlonych mieszkańców dzielnicy East Village - w coraz większym stopniu stającej się miejscem zamieszkania japońskiej elity finansowej.
W Nowym Jorku każdy ma swoją opowieść o gentryfikacji i zawsze są to opowieści ponure. W Polsce na razie do zjawiska podchodzimy z radosną naiwnością...
Jesteś dziennikarzem, tak? No to właściwie dla uratowania dzielnicy powinniśmy cię teraz pobić, żebyś to opisał i żeby biali ludzie znowu zaczęli się bać Harlemu - mówi mi facet, od którego przed chwilą kupiłem książkę o udziale FBI w zamordowaniu Martina Luthera Kinga.
Stoimy na 125. Ulicy, w samym sercu Harlemu, parę przecznic od legendarnego Apollo Theater, gdzie rozkwitały kariery Elli Fitzgerald, Jamesa Browna i Arethy Franklin. Zobaczyłem tłum demonstrantów z transparentami, więc - jak to turysta - podszedłem sprawdzić, o co chodzi. Zagadnąłem faceta sprzedającego ze stolika książki, najczęściej traktujące o syjonistycznych spiskach przeciwko czarnej rasie, a rozmowa bardzo szybko zeszła na temat pobicia mnie dla dobra dzielnicy.
Kurczowo trzymam się nadziei, że groźba pobicia to kwiecista metafora - i słucham dalej.
- Ja mieszkam na Bronksie - zaznacza mój rozmówca - i tam tacy jak ty na szczęście jeszcze się boją zapuszczać. Dzięki temu czynsze są niskie. Niedaleko nas jest uniwersytet, ciągle się boimy, że studenci zaczną mieszkać w naszej dzielnicy. Na szczęście niedawno zgwałcili jakąś dziewczynę, więc studenci nas omijają. W Harlemie już wszyscy się czują bezpiecznie, więc sprawa jest przegrana - ci ludzie tutaj mogą sobie demonstrować, ile chcą, nie powstrzymają Harlemu przed gentryfikacją.
Rewitalizacja kontra gentryfikacja
Do pobicia w końcu nie doszło, ale muszę teraz zrobić coś jeszcze gorszego - przyczynić się do zachwaszczania polszczyzny importowanymi z angielskiego neologizmami. Nie mamy dobrego odpowiednika słowa gentryfikacja, a podobne zjawiska już obserwujemy także wokół siebie i niedługo sami zaczniemy mieć takie manifestacje.
Gentryfikacja oznacza rozwój zaniedbanego zakątka miasta, który dzięki modnym klubom i luksusowym apartamentowcom przestaje się już kojarzyć z ruderami i menelami. Polscy urbaniści używają wprawdzie od dłuższego czasu określenia rewitalizacja, ale po pierwsze, takie ono polskie jak gentryfikacja, a po drugie - słowo rewitalizacja, czyli ożywienie, budzi od razu pozytywne skojarzenia.
Na Zachodzie tymczasem słowo gentryfikacja niemal zawsze pojawia się w kontekstach takich jak "groźba gentryfikacji" czy wręcz - jak w przypadku manifestacji mieszkańców Harlemu - protestu przeciwko gentryfikacji. Brytyjska socjolog Ruth Glass zaproponowała to określenie w 1964 roku, pisząc o przemianach społecznych w londyńskiej dzielnicy Islington - wtedy jeszcze obskurnej, dziś zamieszkanej przez tak znanych londyńczyków jak Tony Blair czy Nick Hornby.
Gentryfikacja wiązała się z odwróceniem tendencji dominującej w poprzednich dekadach, gdy lepiej sytuowani uciekali z centrów miast do komfortowych domków na przedmieściach. Ta tendencja zaznaczała się na Zachodzie tak silnie, że wszyscy przyjmowaliśmy niemalże za pewnik to, że przyszłością europejskich i amerykańskich miast będzie coś w stylu fantastycznych dystopii takich jak "Mechaniczna pomarańcza".
Wyspa milionerów
W 1981 roku John Carpenter przedstawił w "Ucieczce z Nowego Jorku" wizję Manhattanu z roku 1997: przestępczość w mieście wzrosła tak bardzo, że nie opłaca się jej już zwalczać - zamiast tego zaminowano mosty i zamieniono Manhattan w slumsowięzienie.
W rzeczywistości w roku 1997 już widać było odwrotny proces - przeistaczania się Manhattanu w enklawę milionerów, którą jest dzisiaj. Jakieś niedobitki ubogich w Nowym Jorku znajdziemy dziś na Bronksie czy w Queens, ale na samej wyspie próżno dziś szukać "złych dzielnic".
Harlem? Kiedy w 2001 roku były prezydent Bill Clinton wynajął biuro na 125. Ulicy za 35 4000 dolarów rocznie, uważano to za gest solidarności z Afroamerykanami. Dziś wiadomo już, że było to po prostu znakomite posunięcie biznesowe, bo od tego czasu czynsze w tej okolicy wzrosły dosłownie o rząd wielkości - do każdej ceny z 2001 roku dziś trzeba dopisać jedno zero.
Wściekli Afroamerykanie, których nie stać już na pozostanie we własnych mieszkaniach, w 2006 roku demonstrowali nawet przed samym biurem Clintona z transparentami "Panie Clinton, pan nas zrujnował!".
A może Bowery i Lower East Side? Tutaj w latach 70. punkrockerzy zajmowali zrujnowane i opuszczone budynki, występując w pobliskim klubie CBGB. Niedaleko rozciąga się Alphabet City, zakątek Manhattanu, w którym aleje nie są oznaczone cyframi, tylko literami A, B, C i D. Nowojorczycy mawiali, że jeśli ktoś odważa się zapuścić w aleję A, to jest ambitny, jeśli w aleję B, to ma skłonność do brawury, a jeśli dotrze do alei D - to jest już martwy ("dead"). Tutaj leży Tompkins Square Park, obozowisko bezdomnych i narkomanów unie-śmiertelnione sztuką Janusza Głowackiego "Antygona w Nowym Jorku".
Ale gdy sztuka ukazywała się drukiem w miesięczniku "Dialog" w roku 1992, park był właśnie zamknięty z powodu renowacji. Dziś nie ma tam bezdomnych, bawią się tu dzieci dobrze sytuowanych mieszkańców okolicznych loftów i apartamentów urządzonych w odremontowanych budynkach.
Za porządne mieszkanko w Alphabet City trzeba dziś zapłacić jakieś półtora miliona dolarów (a to już ceny uwzględniające krach na rynku nieruchomości). Kogo stać na mieszkanie w tym miejscu, tego nie zaszokują ceny w butiku Johna Varvatosa, który urządzono w miejscu po dawnej punkrockowej legendzie - klubie CBGB. T-shirt kosztuje tam 700 dolarów, marynarka okrągłe 2 tysiące...
Wszyscy tęsknią za przestępczością
Myliłby się jednak ktoś przekonany, że taki milioner z Alphabet City jest z gentryfikacji zadowolony. W Nowym Jorku każdy ma swoją opowieść o gentryfikacji i zawsze są to opowieści ponure, niezależnie od szczebla drabiny społecznej.
Zacznijmy od góry: wyobraźmy sobie milionera, który wydał ośmiocyfrową sumę na penthouse na Manhattanie. Dlaczego chciał zamieszkać tutaj, zamiast zafundować sobie szkockie zamczysko albo wyspę na Pacyfiku? Bo marzył o urządzaniu w tym penthousie szykownych przyjęć dla bohemy - żeby na jego imprezie sławni pisarze uwodzili supermodelki.
Ale okazuje się, że pisarze się z Manhattanu wynieśli. Nie chce im się dojeżdżać na te przyjęcia z dalekiego Brooklynu. Oczywiście milioner może zorganizować transport, ale po uwzględnieniu kosztów okazuje się, że rozsądniej byłoby ich wszystkich transportować do szkockiego zamczyska. Milioner na imprezy może więc zapraszać najwyżej swoich sąsiadów - innych milionerów, równie nudnych jak on sam.
Krok niżej: wyższa klasa średnia, dobrze opłacany fachowiec, którego stać na wzięcie kredytu hipotecznego na mieszkanko w Alphabet City. Taki człowiek zwykle musi swoje życie planować co do minuty, jak precyzyjną operację wojskową: 7.32 - młodsze dziecko do przedszkola, 7.51 - starsze dziecko do szkoły, 8.41 - na parkingu pod biurem.
Wybierając miejsce zamieszkania, z pewnością wziął pod uwagę bliskość szkoły, przedszkola czy sklepu spożywczego. Szlag go więc trafia po roku czy dwóch, gdy się dowiaduje, że w związku ze spadkiem populacji dzieci w sąsiedztwie najbliższa szkoła będzie zamknięta, a wysoki czynsz sprawił, że przedszkole wyprowadziło się na drugi koniec miasta. A sklep? Już go zamknęli, wprowadza się tam właśnie kolejna filia wielkiego banku.
Kolejny szczebel: niższa klasa średnia i wybór między koszmarną klitką na Manhattanie albo spędzaniem kilku godzin w dojazdach do pracy z dalszych dzielnic. Dla kogoś takiego gentryfikacja oznacza tylko rosnące czynsze i w efekcie pogarszanie się warunków mieszkaniowych.
Co z tego, że spadła przestępczość? Taki ktoś miał zawsze w głowie mapę Nowego Jorku z zaznaczeniem dzielnic, do których nie należy się zapuszczać. Teraz też się tam nie zapuszcza - już nie z obawy przed gangsterami, tylko nudą zgentryfikowanych dzielnic, gdzie będzie już tylko taki sam Starbucks, taki sam Barnes & Noble i taki sam oddział Citibanku jak wszędzie.
Ktoś taki kochał Nowy Jork za jego różnorodność - za to, że można tam znaleźć sklepik z weneckimi drzeworytami i sklepik z polską kiełbasą.
Na polski Brooklyn ludzie z całego Nowego Jorku przyjeżdżali po różne smakołyki do wy-specjalizowanych sklepów, takich jak słynna masarnia pani Czesławy. Do jej stałych klientów należał Brendan Fay, nowojorski gej, którym straszył w swoim orędziu pan prezydent (właśnie dzięki polskim przyjaciołom Brendana Faya tak szybko się udało zidentyfikować).
Jeszcze niżej mamy zaś studentów i artystyczną bohemę, której nie przeraża zła sława dzielnicy - grunt to mieszkać tanio albo wręcz za darmo w pustostanie. Wprawdzie klienci z nich żadni, a sąsiedzi uciążliwi, ale odgrywają ważną rolę w ekosystemie wielkiego miasta - kiedy gentryfikacja wygoni ich gdzieś na peryferia, to nagle się okazuje, że kiełbasy nie ma gdzie kupić, a przedszkole zamykają.
Inwazja klezmerów
Nowy Jork to najbardziej drastyczny przykład gentryfikacji na Zachodzie - w ciągu dwóch dekad całe dzielnice zmieniły się z enklaw nędzy w osiedla milionerów. W Polsce mamy tylko jeden przykład gentryfikacji równie szybkiej i równie radykalnej - to krakowski Kazimierz.
Od końca XV wieku, gdy król Jan Olbracht osiedlił tam krakowskich Żydów, aż do Holocaustu było to tętniące życiem miasto w mieście. Czego nie dokonał Hitler, dokończył pogrom krakowski z 1945 roku; przedwojenni mieszkańcy dzielnicy, nawet jeśli przeżyli Holocaust, często bali się wracać do swoich domów.
Władze PRL nie miały pomysłu na odbudowanie dzielnicy - choć jest położona niemal w ścisłym centrum Krakowa, aż do 1986 roku wszystkie plany zakładały czysto mieszkalną funkcję Kazimierza. Dopiero w 1986 roku pojawiła się idea wyremontowania dawnego zajazdu przy ulicy Krakowskiej 29 jako jedynego zaplanowanego przez władze PRL hotelu na Kazimierzu. Wyeksmitowano lokatorów i rozpoczęto remont... który trwa do dziś.
Nieudolność PRL paradoksalnie przyczyniła się do zachowania specyficznego charakteru tej dzielnicy. Gdyby PRL miał środki na zrealizowanie wszystkich swoich planów, Kazimierz stałby się po prostu gigantyczną sypialną w samym centrum Krakowa, zaniedbania pozwoliły jednak zachować budynki starych synagog i zakładów przemysłowych, które przez cały PRL planowano po prostu wyburzyć.
Docenili to po 1989 roku turyści i tak dokonała się całkowicie niezaplanowana gentryfikacja - dziś Kazimierz to jedna z głównych atrakcji turystycznych Krakowa. Monika Murzyn, analizując to w monografii "Kazimierz. Środkowoeuropejskie doświadczenie rewitalizacji", pisze jednak o złych stronach tego procesu.
Po pierwsze, poziom życia mieszkańców dzielnicy na tym tylko ucierpiał. Nic z tego nie mają dla siebie poza nocnymi hałasami. Sklepy, w których dotąd robili zakupy, są zamykane i zastępowane przez restauracje, na które ich nie stać. Skwerki i ogródki dostarczające dotąd im i ich dzieciom choć odrobiny relaksu są teraz dzikimi parkingami.
Dlaczego się nie wyniosą? Nie zawsze mają taką możliwość. Przez cały PRL na Kazimierzu mieszkali głównie lokatorzy mieszkań tzw. kwaterunkowych. Nie mieli prawa własności do swoich lokali. Do dziś zresztą liczba prywatnych posesji wzrosła od zera (rok 1989) do... 15 procent (rok 2005).
Nowi właściciele kamienic z kwaterunkowymi lokatorami na różne sposoby próbują się ich pozbyć, najczęściej zaniedbując remonty. To doskonale znane mieszkańcom miast zachodniej Europy zjawisko zwane "landlord harassment", czyli nękanie lokatora przez właściciela budynku - drugą stroną gentryfikacji jest bowiem zawsze konieczność pozbycia się tych wszystkich, którzy nie pasują do nowego obrazu dzielnicy.
Wiąże się z tym drugi problem: dziki charakter transformacji dzielnicy sprawiał, że wiele rzeczy działo się tam z naruszeniem prawa, przynajmniej budowlanego, jeśli nie karnego. Tylko w latach 2003-2005 średnia cena nieruchomości na Kazimierzu wzrosła z 2821 zł za metr do 4438 (dziś 7500 zł za metr). Można sobie wyobrazić, jakie to rodzi pokusy i jak wiele remontów na Kazimierzu miało charakter ewidentnej samowoli budowlanej.
Monika Murzyn za największy skandal uważa sytuację kamienicy przy Szerokiej 12. W 1996 roku przekazano ruinę fundacji Nissenbaumów, która zobowiązała się ją wyremontować. W budynku nic się nie działo, a w 2003 fundacja przekazała ją prywatnemu inwestorowi, który kamienicę przebudował na hotel, dodając jej trzy piętra i zaburzając historyczną pierzeję ulicy. Nie jest to jedyna taka samowola na Kazimierzu, ale urzędy zwykle nie nadążają za tym, co się tam dzieje.
Po trzecie, rozkwit tej turystycznej infrastruktury jest bardzo powierzchowny. Powstało tu mnóstwo małych pensjonatów i hosteli, ale o bardzo niskim standardzie. To praktycznie wyklucza zrobienie na Kazimierzu porządnej imprezy kulturalnej - bo taka wymaga zazwyczaj solidniejszego zaplecza. Dlatego imprezy takie jak teatralny festiwal "Genius Loci" uciekają z Kazimierza, nawet jeśli tutaj się narodzą.
Kultura na Kazimierzu sprowadza się więc wciąż do koncertów muzyki klezmerskiej - turyści przychodzą do tej dzielnicy wypić koszerną wódkę, zakąsić ją gęsim pipkiem i posłuchać "Hawa nagila".
To trochę za mało. Dla przyjeżdżających do Krakowa turystów pochodzenia żydowskiego Kazimierz jest przede wszystkim miejscem, w którym w XVI wieku legendarny rabin Mojżesz Isserles spisał księgi leżące do dziś u podstaw rytu aszkenazyjskiego i Kabały.
Ci ludzie szukają na Kazimierzu jakiegoś muzeum czy miejsca refleksji nad tradycją ich przodków. Zamiast tego znajdują drewniane figurki chasydów produkowane ewidentnie przez gojów dla gojów. To tak jakby z polskiego Wilna i Lwowa zostały już tylko produkowane przez miejscowych kiczowate figurki stereotypowego Polaka w stroju łowickim.
Najbardziej patologiczny przykład gentryfikacji
W Polsce na razie do zjawiska gentryfikacji podchodzimy najczęściej z radosną naiwnością. Cieszymy się, gdy w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu w miejscu zaniedbanych ruder czy niepotrzebnych dzielnic przemysłowych wyrastają nowe luksusowe apartamentowce czy drogie centra artystyczno-rozrywkowe jak Fabryka Trzciny na warszawskiej Pradze.
Na Zachodzie jednak od dawna wiedzą, że żeby proces gentryfikacji mógł przebiegać harmonijnie, trzeba poddawać go społecznej kontroli. Samorząd zaniedbanej gminy Hvidovre pod Kopenhagą miał znakomity pomysł na zagospodarowanie obszaru po likwidowanych koszarach.
W 1997 roku teren oddano za darmo w dzierżawę firmom zajmującym się filmem i reklamą (swoją siedzibę ma tam m.in. słynna wytwórnia filmowa Zentropa, prowadzona przez Larsa von Triera i Petera Jensena). W zamian za to dzierżawcy muszą urządzać warsztaty dla lokalnej młodzieży, na swoim terenie mają zaś prowadzić hostel - właśnie nie pięciogwiazdkowy hotel dla filmowców, ale miejsce przyciągające zarośniętych studentów z plecakami.
Wszystko po to, żeby nie wytworzyć odwróconego plecami do reszty dzielnicy getta dla japiszonów - bo koniec końców w takim miejscu nie chcieliby mieszkać i pracować także duńscy filmowcy, których ta cała operacja miała przyciągnąć.
W Polsce niestety na razie nigdy gentryfikacji nie towarzyszy takie rozumowanie - getta japiszonów tworzymy z absurdalnym entuzjazmem i mało kto zastanawia się nad groźnymi skutkami ubocznymi. Niedługo zapewne to już nie Manhattan będzie uważany za najbardziej patologiczny przykład gentryfikacji na świecie. Chyba że zaczniemy ratować nasze miasta, bijąc dziennikarzy w gentryfikowanych dzielnicach...
10.07.2008. 10:20
Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
Napisz komentarz
* = pole wymagane